PO CO ŻYJĘ

Był lipiec. Niedziela. Dzień zapowiadał się naprawdę upalnie. Nie chciało mi się ruszyć z domu. W końcu miałem wakacje (zdałem od IV klasy szkoły średniej). Ale cóż miałem począć? Obietnica, to obietnica. Moja rodzona siostra męczyła mnie tak długo, aż w końcu musiałem się zgodzić. Powiedziałem, że przyjdę na to, jak ona to nazwała spotkanie ewangelizacyjne (cokolwiek to znaczyło), które się odbędzie na wolnym powietrzu w parku miejskim. Coż, raz kozie śmierć. Dotrzymywanie słowa nie było moją najmocniejszą stroną, ale nie chciałem wyjść na kłamcę i na... tchórza. Więc zebrałem całą swoją odwagę i poszedłem.
Tak jak się spodziewałem, nie było tłumów. Zlustrowałem otoczenie. W pierwszej chwili nic nadzwyczajnego nie zauważyłem. Dopiero potem. Duży transparent z jakimś religijnymi hasłami wisiał rozpięty miedzy drzwami tuż nad sceną amfiteatru. Nie pamiętam dokładnie co tam było napisane, ale chyba coś w stylu Jezus cię kocha czy Jezus chce cię zbawić. Przy scenie pracowicie krzatało się kilku nieznanych mi, głównie młodych ludzi, którzy dość sprawnie podłączali sprzęt nagłośniający. O co tu chodzi? Co się tutaj dzieje? I co jak tu robię? - zadawałem sobie pytania. Czułem, narastający niepokój. Wtem dostrzegłem moją siostrę. Podbiegła do mnie szybko. Była bardzo przejęta i uradowana, że przyszedłem. Niestety, nie można było tego powiedzieć o mnie. Czułem się głupio. Dałem się podejść jak dziecko. Przysięgałem sobie, że już nigdy nie dam się wrobić w coś podobnego.
Ktoś brzdęknął na gitarze i ewangelizacja się rozpoczęła. Śpiewano i grano jakieś religijne piosenki o grzechu, ofierze Jezusa na krzyżu i zbawieniu. Nigdy nie byłem szczególnie religijny, ale nawet dziecko wie, że tego typu pieśni śpiewa się w kościele, a nie w parku miejskim. Gdy skończyły się piosenki, jakaś młoda, trochę wystraszona dziewczyna mówiła o tym, co Jezus uczynił w jej życiu. Zupełnie mnie nie przekonała i było mi jej naprawdę żal. Później jeszcze kilka osób opowiadało o tym, jak Jezus zmienił ich życie. Powiem szczerze, że niektóre historie nawet mi się spodobały i były dość interesujące. Fajnie że doświadczyli czegoś miłego w swoim życiu.Wtedy poczułem, że coś zaczyna się ze mną dziać. Tylko nie wiedziałem co. Ale najgorsze miało dopiero nadejść

Na scenę wskoczył jakiś młody chłopaczek (na pewno młodszy ode mnie) złapał za mikrofon i zaczął robić z niego właściwy użytek. Czynił to głośno, momentami nawet agresywnie. Jego słowa siekły powietrze niczym miecz. Byłbym w stanie zwymyślać tego krzykacza (jak go sobie nazwałem), gdyby nie fakt, że to, co mówił zaczęło o dziwo trafiać do mnie. Słowa jak strzały wbijały się gdzieś głęboko we mnie. Byłem tym wszystkim naprawdę zszokowany. Nie rozumiałem tego, co się ze mną dzieje. Gdy tak słuchałem, po raz pierwszy dotarło do mnie, że Jezus umarł na krzyżu za m n i e i został ukarany za m o j e grzechy, aby m n i e ocalić. Że mnie ukochał bezwarunkowo i że jest względem mnie łaskawy i miłosierny. I że nie gniewa się na mnie. Pamiętam, że najbardziej wstrząsnęły mną słowa Jezusa, które zacytował ów krzykacz mianowicie, że ten, kto wierzy w Chrystusa nie bedzie sądzony, ale przeszedł ze śmierci do życia. Po raz pierwszy w życiu poczułem prawdziwą ulgę. Nareszcie przestałem się bać. Z drugiej strony trudno mi było zaakceptować fakt, że to całe zbawienie jest takie proste. Przyjść Boga i tak zwyczajnie poprosić o przebaczenie wszystkich grzechów i uznanie Jezusa Zbawicielem i Panem? To nie mieściło mi się w głowie. A właśnie do tego zaczął wzywać ów krzykliwy nastolatek. I ktoś na to odpowiedział. Mężczyzna, który przyszedł z psem na spacer od parku. I dwie mode dziewczyny. I jeszcze ktoś, ale nie pamiętam kto. A ja? Ja miałem nogi jak z ołowiu i nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca. Wiedziałem, że to, co usłyszałem było prawdą, wiedziałem, że jestem grzesznikiem potrzebującym Boga, zobaczyłem swoje serce brudne od grzechu i zepsute. Zrozumiałem, że Jezusa ukrzyżowano z mojego powodu i że On poświęcił swoje życie z miłości do mnie. Wiedziałem w końcu, że to sam miłosierny Bóg mówi te rzeczy tu i teraz - do mnie. I właśnie wtedy to się stało. Krzykacz wskazał palcem na mnie. Poczułem się jak uczeń nagle wewany przez nauczyciela do odpowiedzi i który nie ma już żadnej możliwości ucieczki. Wiedziałem, że muszę podjąć decyzję teraz albo nigdy. Tu chodziło o moje życie. I chociaż jakiś natarczywy głos wciąż mi w głowie powtarzał nie jesteś jeszcze gotowy, zrobisz to poźniej, to wstałem i wyszedłem do modlitwy. Wtedy, w to lipcowe południe, ja zwykły, upadły grzesznik przyszedłem do Boga, poprosiłem w pokorze o przebaczenie moich win i zbawienie, i dobrowolnie uczyniłem Jezusa Chrystusa Panem mojego życia. Uczucie nieznanego mi wcześniej pokoju rozlało się w moim wnętrzu. Poczułem się jakoś lekko, jakby spadł mi z serca kilkutonowy ciężar. I pojawiła się niesamowita pewność, której nie utraciłem do dziś, że oto teraz jestem zbawiony i że Jezus Chrystus już zawsze będzie przy mnie i że nawet śmierć nas nie rozłączy..."

"... Oto warg swoich nie zamknąłem, Panie, Ty wiesz o tym.Nie ukrywałem w sercu swoim sprawiedliwości Twojej, Opowiadałem o wierności Twojej i zbawieniu Twoim; Nie zataiłem łaski i wierności Twojej ..."
/Psalm 40:10,11/

Positive Power
(c) by Droga Warszawa