PO CO ŻYJĘ

Czego naprawdę chcę?

 

Historia, o której mam zamiar opowiedzieć, wydarzyła się ponad dwa i pół roku temu. Byłem wtedy świeżo upieczonym studentem uczelni technicznej cieszącym się pierwszymi latami „dorosłości”. Żyjąc w akademiku z dala od rodzinnego domu mogłem wreszcie robić to, na co miałem ochotę. Imprezować, jeść o dowolnie wyznaczonej porze, przesiadywać przy komputerze do piątej nad ranem, by potem odespać sobie do południa - czemu nie? Obok chęci do maksymalnego uprzyjemnienia sobie życia funkcjonowała też pewna ambicja. Nie lubiłem poczucia, że marnuję w sobie coś, w czym jestem dobry. Nie miałem łatwo, bo cała ta wyższa matematyka, jaką w pierwszym roku wkładali nam do głowy, średnio mnie interesowała.

 

Mogę o sobie powiedzieć, że moje pragnienia balansowały między osiąganiem dobrych wyników na studiach (co było dość powszechnym pragnieniem, choć niewielu umiało się do tego przyznać J), a dobrą zabawą bez troski o to, co przyjdzie jutro. Faktem jest, że żadna z tych dróg tak naprawdę nie była moją drogą. Taką, która dawałaby mi w życiu prawdziwą i trwałą satysfakcję, która sprawia, że nie uznam wysiłku włożonego w podążanie nią za zmarnowany.

 

Na dobrą sprawę nie wiedziałem, czego tak naprawdę w tym momencie chciałem od życia. Miałem pewne plany na przyszłość, jak „dostać dobrą pracę”, „założyć rodzinę”. Oprócz tego, miałem też parę postanowień na chwilę obecną typu „Nie oblać roku” albo „Nie dać się zwariować”. To jednak nie było czymś, czego mogłem się tak naprawdę uchwycić. Do czasu.

 

Zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Przez gadu-gadu odezwała się do mnie koleżanka z liceum, również studiująca w Warszawie, Wspomniała wtedy, że u niej wiele się zmieniło, że nawróciła się i chodzi gdzieś tam do kościoła. Byłem wtedy dość zaskoczony, że taką historię opowiada mi akurat ona –mógłbym się po niej spodziewać różnych rzeczy, ale ta była chyba najmniej prawdopodobna. „Pewnie to jakaś spontaniczna akcja, wygłup, po którym wszystko wróci do normy” – uznałem. Byłem w błędzie. A gdy ktoś, kogo znasz ponad cztery lata, całkowicie Cię zaskakuje, nie możesz przejść obojętnie obok przyczyny takiego zjawiska.

 

Jakiś tydzień później spotkaliśmy się w większym gronie byłych licealistów. Wtedy też miałem okazję przekonać się, że znajoma „nowo nawrócona” chrześcijanka faktycznie zmieniła się na tyle, że nie można obok tego przejść obojętnie. Tyle radości i niekłamanego entuzjazmu, gdy jest mowa o Jezusie? Tyle z tego powodu życiowego optymizmu? Nie mogłem nie być zaintrygowany. Sam, bądź co bądź, też czułem się chrześcijaninem, nawet z przyzwyczajenia chodziłem co niedzielę do kościoła. Ale nawet kiedy jeszcze traktowałem „te wszystkie religijne sprawy” poważnie, nie wiązało się z tym żadne pozytywne uczucie. Dlatego też nie wahałem się długo, kiedy zaproponowała mi, bym przyszedł w niedzielę na nabożeństwo do „jej” kościoła.

 

Z rzeczy, które najbardziej utkwiły mi w pamięci z tego nabożeństwa, był długi „koncert”, na którym grano i śpiewano przeróżne piosenki z powtarzającymi się motywami: Jezus, zbawienie, radość. Trwało to tak długo, że myślałem, iż trafiłem na jakiś wyjątkowy dzień, przeznaczony specjalnie na muzykę! Potem jednak pastor wygłosił kazanie. I choć teraz nie pamiętam jego treści, pamiętam, jak wtedy czułem, że nikt nie mówił do mnie wcześniej w taki sposób o wpływie, jaki Bóg może mieć na nasze życie.

 

Chociaż wyszedłem po nabożeństwie w bardzo pozytywnym nastroju, czułem pewną obawę przed pytaniem, czy chciałbym też w taki radykalny sposób pójść za Bogiem. Czułem instynktownie, że tu chodzi o coś więcej niż spotykanie się co tydzień w serdecznej atmosferze. Nie wiedziałem do końca,o co chodzi, ale mocno chciałem mieć właśnie to coś, aby nie tylko patrzeć i słuchać o Bogu, ale poznać Go w taki sposób, by nie istniały już żadne wątpliwości. Z powodu zaplanowanego wcześniej wyjazdu do domu czekałem na następne nabożeństwo dwa tygodnie, ale czekanie opłaciło się!

 

Już na pierwszym spotkaniu słyszałem pastora i innych wierzących modlących się słowami przypominającymi arabski albo hebrajski. Brzmiało to dziwnie, a nawet podejrzanie, jednak wyjaśniono mi potem, że jest to opisana w Liście do Koryntian „mówienie językami”, jeden z darów Ducha Świętego. Kiedy zaś na drugim nabożeństwie słyszałem głosy modlitwy, którą nie umiałem się modlić, zastanawiałem się: „Czy naprawdę moje miejsce jest tutaj? Czy naprawdę Bóg chce mieć tak blisko przy sobie, by obdarować mnie językiem, którym mogę rozmawiać tylko z Nim?” Potrzebowałem znaku, osobistego potwierdzenia. I takie potwierdzenie już wkrótce otrzymałem!

 

Nabożeństwo kończyło się. Tym razem jednak pastor powiedziała: „Jeśli ktoś chce teraz oddać swe życie Bogu, niech wyjdzie do przodu”. Potrwało to chwilę, nim, mimo wewnętrznych oporów, wyszedłem. W modlitwie przyznałem się do tego, że moje życie było grzeszne, ale przyjmuję przebaczenie, jakie dał mi Chrystus przez śmierć na krzyżu. Wiedziałem, że poszedłem w dobrym kierunku, ale kiedy pastor dodała, byśmy modlili się o ochrzczenie Duchem i dar mówienia językami, trochę się przestraszyłem. Co będzie, jeśli się nic nie stanie? Co to może znaczyć? Tymczasem modlitwa spełniła się! Sam nie wiem kiedy, ale z moich ust wciąż i wciąż i wciąż wypływały słowa, a ja tego zupełnie nie kontrolowalem! Rety! W życiu sobie czegoś takiego nie wyobrażałem! Przez parę dni nie mogłem otrząsnąć się z oszołomienia, jak wiele w moim życiu zmieniło się w ciągu jednego dnia…

 

Od tamtej pamiętnej niedzieli minęło już dwa i pół roku, a ja wciąż żyję w jedności z Bogiem. Przez ten czas nauczyłem się jeszcze bardziej ufać Bogu i powoływać się na Jego miłość. Choć przede mną jest jeszcze wiele do zrozumienia i niejedno do osiągnięcia, nie zawrócę z raz obranego kierunku. Bo to jest właśnie to, co sprawia mi nie wygasającą satysfakcję. Życie dla Boga jest tym, czego naprawdę chcę.

Positive Power
(c) by Droga Warszawa